Włodzimierz Klósek

Lotnik romantyczny
20 października 2017

Agata Król: Majestatyczny, elegancki i romantyczny – czy balon w powietrzu może dostarczyć ekstremalnych wrażeń?

Włodzimierz Klósek: Byłem uczestnikiem wyczynu jedynego w swoim rodzaju w polskim baloniarstwie. Balonem na ogrzane powietrze polecieliśmy do stratosfery. To był „Projekt Polska Stratosfera” w 2014 roku. Mój kolega, Dariusz Brzozowski miał największy w Polsce balon o pojemności 12 tys. m3. Nim polecieliśmy.

Zaczęło się od pomysłu skoczków spadochronowych, którzy chcieli skoczyć w 3-osobowej formacji z 12 tys. metrów. Szukali różnych możliwości wyniesienia ich tak wysoko, ale żaden samolot nie był w stanie im tego zapewnić. Jeśli nawet znaleźliby taki, to wiązałoby się to z wysokimi kosztami. Ich budżet był ograniczony, więc szukali czegoś tańszego. Dobrym dla nich rozwiązaniem był balon. Ja zostałem zaproszony do załogi jako pilot rezerwowy. Na takiej wysokości musi być zabezpieczenie, ponieważ różne rzeczy mogą się zdarzyć, czy ze sprzętem, czy z organizmem. Pilotem właściwym był właściciel balonu, Darek. Oprócz nas, leciało jeszcze trzech skoczków. Długo i sumiennie się do tego przygotowywaliśmy. W Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej przechodziliśmy testy w komorze niskich ciśnień. Badania były dostosowane do wysokości, którą chcieliśmy i planowaliśmy osiągnąć. Tuż przed startem, przez około 45 minut oddychaliśmy czystym tlenem, ponieważ tak wysoko, we krwi zaczyna wytrącać się azot w gazowej postaci. Dotyczy to głównie stawów, najpierw pojawiają się bóle, a w krańcowej sytuacji może dojść do zapaści. Taka sytuacja faktycznie miała miejsce – jeden ze skoczków zaczął skarżyć się na bóle w stawach na wysokości 10 tys. metrów. Musieliśmy przerwać wznoszenie, zejść niżej na 9 tys. metrów i po 10 minutach ponownie rozpocząć wznoszenie. Dolegliwości wtedy ustąpiły. Prawdopodobnie miał nieszczelną maskę i nie miał wystarczającego dopływu czystego tlenu, by ten azot usunąć. W trakcie samego lotu, mieliśmy oczywiście aparaturę tlenową.

 

Ostatecznie na ile metrów udało Wam się wznieść?

Na 11 tys. metrów zgasły nam płomyki pilotowe, takie jak są w bojlerach gazowych, od których zapala się palnik główny. Był to skutek niedoboru tlenu, który występuje na tej wysokości. Próby ich ponownego uruchomienia nie dały efektu, zaczęliśmy opadać. Na wysokości 10 tys. 650 metrów skoczkowie zdecydowali się na skok. Po tak poważnym odciążeniu, balon zaczął się wznosić i ostatecznie dotarliśmy na wysokość 11 tys. 125 metrów.  Skoczkowie, po opuszczeniu kosza, mieli -58° C i prędkość 310 km/h. Rzadkie powietrze, więc mocno się rozpędzili. Spadali swobodnie 158 sekund w formacji trzyosobowej. Rozeszli się na wysokości 1500 metrów i co 200 metrów otwierali spadochrony. Utrzymanie formacji udokumentowali nagraniami z kamer zamontowanych  na kaskach. Jeden z nich miał lokalizator, a że lądowali blisko siebie, wszystkich podjęła ekipa naziemna. Nas też. Wylądowaliśmy na północ od Przasnysza. W celu wykonania tego lotu, mieliśmy zamówioną przestrzeń o promieniu ok. 80 km od Szczytna, do wysokości 12 000 metrów. Startowaliśmy z granicy tej przestrzeni, aby mieć zapas 160 km do przelecenia. To było bardzo ważne, bo gdyby się okazało, że wiatry są inne, niż prognozowane i grozi nam wyjście poza przydzieloną strefę, to musielibyśmy lądować.

Prognoza wiatrowa była trafiona idealnie. Przygotowywał ją sztab meteorologów. Z wiatrem trafili, z chmurami trochę mniej. Kiedy jechaliśmy na miejsce startu, mieliśmy nadzieję, że chmury się rozejdą. Widać było takie rozrywy, ale gdy dojechaliśmy na miejsce, już zanikły. Startowaliśmy po wschodniej stronie Narwi, na wysokości Pułtuska obok leśniczówki otoczonej wysokim lasem, który miał nas osłaniać od wiatru. Po starcie, na 500 metrach weszliśmy w chmury i dopiero na 1500 metrów wyszliśmy z nich. A potem widzieliśmy już tylko białą pustynię,  równiutką jak stół. Świeciło słońce, w koszu było -30°C. To był 3 grudnia.

Zima to dobry czas na takie loty?

Takie próby wykonuje się właśnie w porze zimowej, ponieważ wysoka temperatura powietrza podczas startu zmniejsza szanse osiągnięcia dużej wysokości przez balon, z tego względu, że  temperatura w powłoce jest wtedy wysoka. My mieliśmy w powłoce tylko ok. 80° C, czyli jeszcze ogromny zapas. Dlatego też wybraliśmy balon o tak dużej pojemności, aby mieć spory zapas udźwigu. Kosz wzięliśmy o połowę mniejszy, żeby do minimum ograniczyć masę do startu. Cały lot trwał 2 godziny 27 minut, od startu do lądowania. Na wysokości 10 tys. metrów byliśmy w godzinę, w 7 minut – 1000 metrów. Tak, że te 12 tys. metrów jak ręką sięgnął. Wyczyn jedyny w swoim rodzaju. Były wcześniej próby lotów wysokościowych, ale najwyżej udało się wznieść na 9 tys. metrów.

 

Przeżycie ekstremalne i jedyne w swoim rodzaju, bo wpisaliście się do historii światowej aeronautyki.

Pobiliśmy dwa rekordy europejskie – w wysokości skoku 3-osobowej formacji i czasu swobodnego opadania tejże formacji. Mamy też rekord Polski, ponieważ do tamtej pory nikt balonem na ogrzane powietrze nie wzniósł się tak wysoko. Fajne przeżycie! Ja bywałem wyżej w samolocie, więc dla mnie to nie była sensacja, tyle, że tutaj w „kabriolecie”.

 

Które miejsca na świecie podobały się Panu najbardziej z perspektywy balonu?

Trzykrotnie byłem w USA w miasteczku Battle Creek, między Chicago i Detroit. Duże pola kukurydzy, jeżdżące deszczownie. Krajobraz trochę podobny do Wielkopolski. W kraju, podoba mi się Mazowsze. Jest piękne, bo nigdy nie było tam wielkoobszarowej gospodarki, PGR-ów. Jest więc dużo poletek, o różnych kształtach i urozmaiconych uprawach. Ze względu na tę różnorodność, latanie tam jest fajne i ułatwia lądowanie. Przy wielkoobszarowej gospodarce, kiedy się leci nad polem pół godziny i końca nie widać, to trzeba lądować czasem na drogach między polami, żeby nie robić szkód w uprawach. Na Mazowszu zawsze znajdzie się jakiś kawałek nieużytku, łączka jakaś się trafi. Często widuje się dzikie zwierzęta – łosie, w ogóle się nie boją, patrzą w górę, co im tam hałasuje nad głową. Jeszcze kiedyś, chłopi orali końmi. Pamiętam, jak jeden zatrzymał się i macha do nas. Podlecieliśmy do niego bliżej, a konie, przez ten hałas, w długą. Ależ nam pięścią zaczął wygrażać.

 

Nie zaczynał Pan kariery lotniczej od balonów, pierwsze były samoloty. Jak to się stało, jak wyglądała ta droga?

Zacząłem karierę lotniczą przez przypadek. Samolotami interesował się mój brat cioteczny, który  był konstruktorem pierwszego amatorskiego samolotu w Polsce. Nazywał się Jarosław Janowski. Zmarł dwa lata temu. On zbudował Prząśniczkę – znaną konstrukcję, która od A do Z była jego pomysłem, nawet silnik zrobiony był z dwóch cylindrów od MZ-tki 250, miał 19 KM, a całość ważyła ok. 100 kg. Budował ją ze sklejki, w mieszkaniu, w samym centrum Łodzi. Do malowania trzeba ją było wyciągać z drugiego piętra przez okno, bo inaczej nie dało rady jej stamtąd wynieść. Kiedy ktoś wchodził do mieszkania, od razu pytał Jarka, co to jest, bo ogon wystawał do przedpokoju. Jarek mówił, że to kajak (śmiech).

 

Zaraził się Pan od niego?

Nigdy tak wysoko nie mierzyłem, nie sądziłem, że mogę być jednym z tych nadludzi, którzy tam po niebie latają. Zajmowałem się przyziemnymi sprawami. skończyłem technikum samochodowe i z kolegą mieliśmy już plany w tym kierunku. Któregoś dnia, Jarek zaprosił mnie na Lublinek – łódzkie lotnisko – żebym poleciał samolotem. Pojechałem któregoś razu. Jego kolega, instruktor Lech Szybiłło, akurat holował szybowce i tak pierwszy raz poleciałem Gawronem. Jeszcze wtedy nie było takich obostrzeń, że nie może być pasażera w holówce etc. Dziwne wrażenie! Nagle ziemia się oddaliła. To był mój pierwszy lot, pierwsze oderwanie się od ziemi, które spowodowało, że zacząłem się zastanawiać, czy by nie spróbować lotnictwa. Jarek namawiał mnie, żebym startował do Dęblina, odradzał samochodziarstwo. Ogromne znaczenie miało moje zdrowie, wiedziałem, że badania lekarskie dla kandydatów były bardzo szczegółowe. Spośród ponad 40 chłopaków, którzy byli ze mną na badaniach, potem na egzaminach widziałem może 5. Dostałem się.

Jest Pan wdzięczny bratu za to „zaproszenie” do lotnictwa?

Mogę tak powiedzieć. Moja mama nigdy mu tego nie wybaczyła, bo syn jej koleżanki, krótko po promocji zginął w Krzesinach na MiG-u 21. Znaliśmy się od najmłodszych lat – ja miałem 6 lat, a on był ode mnie ze 3 lata starszy. Po egzaminach do szkoły w Dęblinie, miałem szkolenie selekcyjne w ramach lotniczego przysposobienia wojskowego drugiego stopnia. Latałem na samolotach TS-8 Bies w Łodzi na Lublinku. Po szkoleniu i wylataniu 21 godzin 45 minut, 2 listopada 1971 roku trafiłem do Szkoły Orląt. Ponieważ było duże zapotrzebowanie na instruktorów w związku z rozszerzeniem programu szkolenia praktycznego podchorążych, szkołę skończyłem pół roku wcześniej, jako że znalazłem się w grupie podchorążych wyselekcjonowanych na instruktorów. Rozdzielani byliśmy między lotniska, na których latało się na Iskrach, czyli Radom, Tomaszów Mazowiecki i Modlin. Ja trafiłem do Modlina. Dobrze, bo dawało mi to większe szanse spędzania wolnego czasu w ciekawy sposób, w Warszawie. Nie było to też bez znaczenia w momencie, kiedy zaczęto likwidować lotnictwo, a jako pierwszy rozwiązany został nasz pułk szkolno-bojowy w Modlinie. Gdybym trafił gdzieś do zielonego garnizonu to byłbym w analogicznej sytuacji, jak pracownicy PGRów, bez perspektyw, gdzieś w lesie. Warszawa dawała duże możliwości. Wtedy rozpocząłem pracę instruktora w Aeroklubie Warszawskim.

 

Odszedł Pan wtedy z wojska definitywnie?

Tak. Rozwiązano jednostkę, a ponieważ nie otrzymałem żadnej interesującej propozycji, odszedłem. Zagospodarowali tylko tych najmłodszych pilotów, którzy nie mieli praw emerytalnych. To było niewyobrażalne marnotrawstwo, bo odeszli ludzie, których wyszkolenie kosztowało ogromne pieniądze. Znalazłem pracę w Aeroklubie, ale też nie na długo, bo zmienił się system finansowania stowarzyszeń i trzeba było zredukować personel. Wcześniej były dotacje z budżetu państwa, z ministerstw obrony narodowej, sportu i edukacji, więc pieniądze płynęły szeroką strugą. Ja byłem emerytem wojskowym, więc musiałem odejść w pierwszej kolejności. Ale nie na długo. Cała moja kariera lotnicza, to czyste przypadki i przypadkiem też było trafienie do baloniarstwa. Kolega, który zajmował się balonami w Aeroklubie odchodził z pracy. Dyrektor wpadł na pomysł, że przejmę po nim obowiązki. No i tak w lutym tego roku minęło 27 lat jak się zająłem balonami i teraz zajmuję się jedynie tym rodzajem lotnictwa.

Ale wcześniej nie miał styczności z tą dyscypliną?

Nie, nawet w baloniarni nie byłem i w życiu z bliska balonu nie widziałem. Po raz pierwszy poleciałem w lutym 1990 roku. Była tak piękna pogoda, że czekając na transport leżeliśmy na łące na trawie. Była niedziela i 16°C, ale dość silnie wiało. Pojechaliśmy w dwa balony w miejsce, gdzie później powstało lotnisko w Góraszce. Wykorzystując zasłonę lasu, wystartowaliśmy. Ja leciałem z dyrektorem Aeroklubu, wówczas czynnym wojskowym, bo w tamtych czasach dyrektorami byli oddelegowani z wojska oficerowie. Drugi balon leciał na innych wysokościach, oddalił się od nas. Jak się okazało, ta druga załoga miała więcej szczęścia, bo wylądowali na poprawinach. Mogła być 9.00 rano, obudzili weselników, a ci jak zobaczyli baloniarzy, to przyjęli ich odpowiednio.

My mieliśmy lądowanie z przygodami, ale już wtedy odezwały się we mnie zadatki na dobrego baloniarza. Stanąłem za palnikami, próbowałem jakoś lecieć, w końcu mój instruktor wskazał mi miejsce do lądowania – na łąkach, przy drodze. Ja twierdziłem, że to raczej rów, on twierdził, że droga. Wiatr był dosyć silny, więc od momentu przyziemienia do zatrzymania balonu, ciągnęło nas po ziemi jakieś 100 metrów. I okazało się, że to nie była droga tylko rów z wodą. A mówię, że się zachowałem jak rasowy baloniarz, bo wybrałem sobie taką pozycję, żeby się nie zamoczyć. Kosz wpadł do rowu, woda przeszła przez szczeliny, a mój instruktor został na dole zmoczony w wodzie (śmiech). Ja się rozparłem u góry nad nim i wyszedłem z tego na sucho. Okazało się, że wylądowaliśmy za gospodarstwem sołtysa. To była wielka radość, bo w tamtych czasach, telefon na korbkę był tylko u sołtysa. Mieliśmy taką umowę z załogą, że gdybyśmy stracili łączność radiową, a na UKFie było coś słychać tylko wtedy, kiedy anteny się widziały, to zadzwonimy na wieżę lotniska wojskowego na Bemowie, powiemy gdzie jesteśmy, a oni tą drogą dowiedzą się i po nas przyjadą. I tak leżymy za tym gospodarstwem, na łące kolejną godzinę. Sołtysowa smażyła pączki. Przyniosła nam takie giganty, ciepłe jeszcze.

 

Pamięta się takie momenty.

Potem jeszcze zdarzało się, że nocowaliśmy w stogu siana. Żeby nam nie było zimno, w październiku, przykryliśmy się powłoką.

 

Tak jest w baloniarstwie, że ląduje się gdzie wiatr poniesie i dalej akcja toczy się już własnym życiem?

Kiedyś częściej. Teraz nie ma już tego problemu, bo są systemy do lokalizacji na podstawie telefonów komórkowych i to już obdarło baloniarstwo z romantyzmu. Zresztą dzisiejsze baloniarstwo zawodnicze, daleko odbiega od moich wizji ideału. Teraz pierwszorzędną rolę odgrywa elektronika, a pilot jest jakby dodatkiem. Przez to dochodzi do takich sytuacji, jak ta, kiedy jeden z zawodników skrzywił krzyż w Katedrze we Włocławku, bo patrzył w monitor w koszu, a nie wokół siebie. Późniejszy Mistrz Europy.

Teraz pozycja balonu i pozycja celu wyświetlane są na tablecie, dodatkowo ekipa z ziemi przekazuje przez radio wskazówki. Wzbogacono oczywiście możliwości rozgrywania różnych konkurencji,  bo kiedy wprowadzono rejestratory przebiegu lotu, to zaczęto wymyślać wirtualne konkurencje np. kto pokona najdłuższą trasę w prostopadłościanie o boku 1000 metrów, na wysokości 1000 metrów. Dla mnie, to są absurdalne rzeczy, kiedyś solą baloniarstwa było rzucanie markerów. Marker to jest woreczek z piaskiem o określonych parametrach wagowych, wymiarowych, ze wstążką. Cele wykładane były przez sędziów – były to płócienne pasy, ułożone w krzyż, o szerokości metra i długości 8 metrów. Trzeba było rzucić marker jak najbliżej środka. Sędziowie mierzyli odległości miarą. I to jest stare baloniarstwo!

A teraz to są takie konkurencje, że odechciało mi się zawodniczego latania, choć niejakie sukcesy odnosiłem latając jeszcze według starych zasad, przed wejściem elektroniki. Dwa razy byłem wicemistrzem Polski i wygrałem pierwsze górskie zawody balonowe w Krośnie. Teraz startuję w imprezach nazywanych fiestami. Tam najważniejsza jest przyjemność z latania, rozgrywa się proste konkurencje w starym stylu, co dodaje temu wszystkiemu smaku.

Miał Pan w swojej karierze sytuacje podbramkowe, zdarzyło się wylądować na drzewie?

Bez mała na drzewie. W USA byliśmy na zawodach drużynowych. Kierunek lotu był taki, że wiatr skierował mnie na duży las i ucichł. Zbliżał się wieczór. Wiszę nad tym lasem i myślę. Dostrzegłem w jednym miejscu dziurę, jakby brakowało dwóch koron drzew, i tak przesuwałem się dwa kroki w prawo, trzy kroki w lewo, po paręnaście, po parędziesiąt metrów, aż wreszcie skierowało mnie do tego pustego miejsca, pociągnąłem klapę nawigacyjną – otwór, który odsłania się od góry, żeby wypuścić ciepłe powietrze i zainicjować opadanie. Zszedłem koszem poniżej koron sąsiednich drzew i jak złapałem za jedno z nich, to prędzej bym je wyrwał z korzeniami, niż by mnie zabrało stamtąd. To był fart, że powłoka się nie uszkodziła. Zastanawiałem się tylko, w jaki sposób znajdzie mnie moja ekipa i zabierze stamtąd, bo żadnej drogi nie było widać, był półmrok, robaczki świętojańskie latały do pół metra nad ziemią. Okazało się, że ten las, w którym wylądowałem, należał do jakiejś sekty religijnej. Moja załoga jechała akurat szosą, kiedy lądowałem i z grubsza wiedziała, gdzie mnie szukać. Pozwolili im wjechać. Zauważyłem światła, więc użyłem gwizdka, żeby ich naprowadzić.  Udało się!

W Austrii też miałem przygodę. To była najbardziej niebezpieczna sytuacja, w której się znalazłem. Byłem początkującym pilotem. Jeździliśmy na zawody niedaleko Grazu w Styrii – pagórkowaty teren, gęsto zaludniony. Wystartowaliśmy przy dosyć silnym wietrze i przed wzniesieniem próbowałem wylądować przed granią. Niestety nie udało się, bo mnie przewiało na drugą stronę. Jako mało doświadczony pilot postanowiłem, że za tą granią jak pociągnę klapę to się schowam na zawietrznej i spokojnie, znajdę miejsce do lądowania. A tymczasem przy silniejszych wiatrach na zawietrznej robi się rotor, który powoduje duszenie do ziemi. Pociągnąłem klapę, ten rotor docisnął mnie do dołu, w dodatku byłem nad lasem. Nie udało mi się uniknąć zderzenia z drzewem. W zasadzie nad lasem przeszedłem koszem lekko po gałęziach, ale jedno drzewo wystawało i zaczepiłem o nie liną korony. Lina korony jest wykorzystywana do stawiania i kładzenia balonu. Przymocowana jest do szczytu powłoki i w momencie, kiedy balon jest stawiany do pozycji pionowej, trzymając tę linę pozwala mu się dojść do pionu w sposób kontrolowany. Przy opróżnianiu, ciągnie się ją z wiatrem, żeby położyć powłokę w określonym kierunku. Drugi koniec liny mocowany jest w koszu. Kiedy zahaczyłem o drzewo, lina przyhamowała mnie, wierzchołek się złamał, lina pękła i ponieważ ten moment naporu wiatru i zatrzymania balonu spowodował wyciśnięcie powietrza z powłoki, runęliśmy w pole. Nic nam się nie stało, ekipy organizatorów znalazły nas szybko i szczęśliwie się wszystko skończyło. Dopiero następnego dnia, gdy przygotowywaliśmy się do lotu, zauważyliśmy, że pod równikiem, czyli pod maksymalną średnicą balonu, była tak wielka dziura, że można było przejść przez nią, nie schylając się. Wierzchołek drzewa, który się złamał, wbił się w powłokę.

 

Takie doświadczenia pozwoliły potem wyszkolić kolejne pokolenia pilotów balonowych. Już Pan nie szkoli.

Nie, od dosyć dawna nie szkolę, w związku z tym, że jestem egzaminatorem ULC na balonach. Koncentruję się na egzaminowaniu, bo coraz bardziej popularne staje się szkolenie balonowe. W ciągu rok przyjmuję 5-6 egzaminów na licencję, a egzaminatorów w Polsce jest jeszcze 3, więc można powiedzieć, że rocznie mamy około 20 nowych pilotów. Poza tym, przedłużam uprawnienia instruktorów, czy pilotów. W Polsce nie ma zbyt wielu balonów. W rejestrze jest około 200, więc w porównaniu na przykład z Niemcami, to jest 10-krotnie mniej. Dostępność lotu tam jest o wiele większa, bo firmy, które oferują loty turystyczne ustawiają się na przykład na parkingu supermarketu, więc po zakupach można sobie polatać. Kosztuje to około 150 euro za godzinny lot.

 

Samolot i balon to dwa różne światy, miał Pan trudności z opanowaniem tej sztuki?

Nie przypominam sobie, żebym miał jakieś trudności. Jak w całym lotnictwie, trzeba z określoną prędkością zetknąć się z ziemią. Ocena tempa zniżania i wysokości musi być odpowiednia, czy to jest balon, czy samolot, to nie ma znaczenia.

No tak, ale w samolocie są stery, a sztukę manewrowania balonem trzeba było posiąść.

Niektórzy pytają na czym polegają zawody balonowe. A to przede wszystkim chodzi o precyzję lotu, na dolatywaniu jak najbliżej do wyznaczonych celów lub celów deklarowanych przez pilota. No tak, ale nie ma sterów. Naszym sterem jest wiatr. Należy wystartować w strefie możliwych wiatrów i zawężając halsowanie, podobnie jak na łodziach żaglowych, dojść do celu.

 

Na czym polega halsowanie w baloniarstwie?

Rzadko kiedy jest tak, aby w przestrzeni od 0 do 1000 metrów wiatr wiał w jednym kierunku. Przeważnie jest tak, że na różnych wysokościach odchyla się on w prawo lub w lewo od średniego kierunku. Zasada jest taka, że po starcie idzie się jak najwyżej w strefie możliwych wiatrów, by jak najwcześniej zobaczyć cel i obrać precyzyjny kierunek. Kiedyś wszystko było „na oko”, w tej chwili już tak nie jest, bo współrzędne wprowadza się w tablet i można zobaczyć własną pozycję względem celu. Kiedyś rysowało się na mapie kreskę z miejsca startu do celu i palcem po mapie sprawdzało, czy jest się w dobrym miejscu – ta chałupa to powinna być po prawej stronie, a lecę nad nią, więc muszę poprawić w lewo. Wracając do halsowania, to nic innego jak zmiana kierunku przy pomocy zmiany wysokości. Na różnych wysokościach wiatry wieją w różnych kierunkach i my to wykorzystujemy.

 

To wymaga wyobraźni przestrzennej, logistyki, planowania. W porównaniu z lataniem samolotami to kompletnie inny świat.

 

Nie można tego porównać z niczym, co ma stery, dzięki którym mamy wpływ na kierunek lotu. To jest jedyne w swoim rodzaju. Wszystko zależy od prędkości i kierunku wiatru, od pory dnia i roku,  uwarunkowań terenowych, czy jest las, czy są akweny. Podczas zawodów, przy sprzyjających wiatrach, do celu dolatuje się na centymetry. Jeśli nie powieje, tak jak podano w prognozie, to można przelecieć setki metrów obok. Odpowiedzialność spoczywa na pilocie. Imprezy balonowe są organizowane przeważnie latem, a wtedy wschód słońca jest bardzo wcześnie. To jest ważne ze względu na prognozowanie pogody. Podczas zawodów zawsze jest meteorolog, który sonduje wiatr na różnych wysokościach, poprzez puszczanie baloników wypełnionych wodorem czy helem i obserwowanie ich przez teodolit. Po przeliczeniu, powstają wstępne dane na temat kierunków i prędkości wiatru na poszczególnych wysokościach. Szczegóły przekazywane są podczas odprawy. Problem w tym, że ten sondaż jest z godziny na przykład 4.30, a sam start, powiedzmy, dwie godziny później. W tym czasie słońce jest coraz wyżej, nagrzewa podłoże, powodując ruchy powietrza, budzą się wiatry po nocnym zastoju. Pilot musi zatem, oprócz komunikatu meteorologicznego, polegać na własnych obserwacjach i doświadczeniu. Mamy takie baloniki, jak do zabawy dla dzieci, które napełniamy helem i wypuszczamy z potencjalnego miejsca startu. Następnie przy pomocy busoli określamy kierunki lotu i oceniamy, czy z tego miejsca uda się dolecieć do wyznaczonego celu. Jeśli tak, szykujemy się do lotu, jeśli nie – szukamy innego miejsca do startu. W ten sposób postępują wszystkie załogi, jeżdżą we wszystkie strony i szukają dobrego miejsca, a w efekcie i tak spotykamy się w jednym i tym samym wszyscy.

Jestem z natury romantykiem i żartobliwie mówię, że skoro nie było kawalerii, to trafiłem do lotnictwa. Konie kocham od dziecka, wiele lat jeździłem w sekcji skoków CWKS Legia u mistrza Jana Kowalczyka, jako jeździec pomocniczy. Problemy z kręgosłupem spowodowały, że musiałem wybrać – lotnictwo albo konie. A że najbliższe jest mi baloniarstwo, to tak zostałem.

 

Tekst: Agata Król
Zdjęcia: Magda Starowieyska


Dodaj komentarz