Teresa Ćwik-Maszczyńska

Nie przespałam życia
19 maja 2017

 

Żeby być pierwszą kobietą pilotem w polskim lotnictwie sanitarnym, a jeszcze wcześniej – jedyną kobietą pracującą jako pilot śmigłowców, trzeba być kobietą specyficzną. „Mocna”. „Konkretna”. „Nie należę do ludzi lękliwych”. „Życie trzeba brać za rogi” – podczas naszej rozmowy Teresa Ćwik-Maszczyńska opisuje się właśnie takimi słowami. Jej koledzy z pracy mawiali natomiast po prostu: „Tereska tak ma”. Wiedzieli, że nie należy wchodzić jej w drogę. Gdy się na coś uprze, dopnie swego. – Taka się urodziłam – podsumowuje.

Spotykamy się na warszawskim lotnisku Babice. Teresa za chwilę będzie pilotować samolot, z którego zrzucone zostaną szczepionki na wściekliznę dla okolicznych lisów. W tym roku, jesienią, minie 50 lat odkąd Teresa Ćwik-Maszczyńska lata. A latała i na Śmigłowcowych Mistrzostwach Świata („W 1978 r. w Witebsku zdobyłam brązowy medal w lataniu, proszę ciebie, precyzyjnym”), i na akcje ratunkowe podczas powodzi w 1997 r. (dostarczała żywność i wodę dla ludzi na terenach zalanych, ewakuowała uwięzionych na dachach domów), i z goprowcami, i z antyterrorystami, i z policją, i z dziennikarzami podczas wizyt papieskich.

Próbuję dowiedzieć się, jaka była, zanim zaczęła latać, ale moje próby ucina krótko: – Co robili rodzice? Ciężko pracowali! Przetrwali wojnę, mocni byli. Takie czasy: trzeba było być mocnym. Zwłaszcza, jak się nie było mocnym finansowo.
Teresa z rodzinnej miejscowości przyjechała do Wrocławia uczyć się w technikum chemicznym. Jeszcze zanim je skończyła, zapisała się do Aeroklubu Wrocławskiego na szkolenie spadochronowe i szybowcowe. Nikt w jej rodzinie z lataniem nie miał dotąd nic wspólnego. Gdy pytam, skąd wziął jej się taki pomysł, odpowiada równie zwięźle. – Nikt mnie nie namawiał, żaden chłopak, brat, kuzyn. Wyczytałam w gazecie anons o naborze i zapisałam się na szkolenie. Po prostu!

Mnie jednak nie wydaje się to takie proste, ale Teresa szybko wyjaśnia mi, skąd moje wątpliwości. – To były inne czasy! Wystarczyło chcieć. Przyjść, zapisać się, uczestniczyć. To wszystko było bezpłatne. Teraz wszystko jest za pieniądze. Dla ludzi młodych, którzy chcieli się rozwijać, byli ambitni, uparci, dążyli do celu, tworzono możliwości, z których ja skorzystałam – najpierw ze szkolenia w aeroklubie, potem na uczelni, gdzie można było zrobić uprawnienia potrzebne do zawodowej licencji samolotowej. Dzisiaj za takie szkolenie trzeba bardzo dużo zapłacić. Ludzi młodych na to po prostu nie stać! A i starsi muszą być albo bogaci, albo gotowi wziąć kredyt – tłumaczy. Choć ona za szkolenie nie musiała płacić, trochę ją ono kosztowało. – Trzeba było poświęcić wakacje, spędzać na ćwiczeniach każdą wolną chwilę. To wymagało dużo wysiłku – wspomina. Z jej grupy z wrocławskiego aeroklubu w lotnictwie zostało jakieś 10%, reszta się wykruszyła. Jako kobiecie było jej tym bardziej ciężko. – Trzeba mieć naprawdę mocną nadbudówkę – mówi Teresa i puka się znacząco w głowę. Skąd u niej ta „nadbudówka”? Na pewno pomogły studia. Po skończeniu technikum przez rok pracowała jako laborantka, ale jednocześnie latała już na szybowcach i samolotach, miała za sobą ponad 20 skoków ze spadochronem i udział w zawodach różnej rangi (na szybowcach zdobyła m.in. złotą odznakę z trzema diamentami). Coraz mgliściej widziała swoją przyszłość w laboratorium. Postanowiła zdawać na Akademię Wychowania Fizycznego. Kierunek: sporty lotnicze. – Tam nauczyłam się najważniejszego: aktywnej postawy wobec życia. Nie było lekko: bieganie, pływanie, narty, ciągły ruch! Dzięki tej szkole mogę spokojnie powiedzieć, że nie przespałam życia – zapewnia. I ma na to dowody: ponad 50 przebiegniętych maratonów, dwa biegi 100-kilometrowe, triatlony, maratony pływackie, górskie jazdy rowerowe, zawody narciarskie… – Dzięki temu teraz przed starością uciekam na własnych nogach – śmieje się.

Próbuję się dowiedzieć, jak się to bieganie zaczęło, i zanim jeszcze zadam pytanie, znam odpowiedź: „po prostu!”. Teresa opowiada, jak któregoś dnia, jeszcze w latach 90., szła ze swoją kilkuletnią wówczas córką do cyrku. Po drodze mijały ludzi, którzy kończyli właśnie wrocławski maraton. – No nie w kij dmuchał, myślę sobie, 42 kilometry 195 metrów. A po chwili: jak oni potrafią, to ja też. Postanowiłam, że za rok też wystartuję. I zaczęłam biegać. Biegałam do pracy i z powrotem. I mnie to wciągnęło. Po prostu! – wspomina. Doszło do tego, że w ciągu roku zaliczała sześć-siedem maratonów. – To taka forma spędzania życia – komentuje. – Tak, ja tego życia nie przespałam – powtarza.

Trudno byłoby je przespać, nawet gdyby Teresa bardzo chciała. Po studiach pracowała przez chwilę jako instruktor szybowcowy w aeroklubie, a od 1977 r. – po krótkim przeszkoleniu – jako pilot na śmigłowcu MI-2 i samolocie dwusilnikowym Morava L-200 we wrocławskim oddziale Przedsiębiorstwa Usług Lotniczych. Była wówczas jedyną kobietą w Polsce latającą zawodowo na śmigłowcach. Z kolei gdy w 1983 dostała pracę w Zespole Lotnictwa Sanitarnego, była pierwszą zatrudnioną tam kobietą pilotem. Ale znów nie było łatwo: bo skoro kobieta, to zaraz będą dzieci, zwolnienia, same kłopoty. – Nie mający uprzedzeń do kobiet dyrektor Centralnego Zespołu Lotnictwa w Warszawie zdecydował się przyjąć mnie na cały etat – wspomina. – Musiałam się jednak zobowiązać, że „nie będę stwarzać problemów”, jeśli zdecyduję się na dziecko – dodaje.

– To jest szowinistyczne środowisko, trzeba to sobie szczerze powiedzieć – mówi szczerze Teresa. – Ale ja tam z ulicy nie przyszłam, byłam już w tym świecie znana. Doszłam tam po szczeblach uporu i ciężkiej pracy – podkreśla. Gdy po trzech latach zdecydowała się na dziecko, „nie stwarzała problemów”. Latała do piątego miesiąca, a po przysługujących wówczas 112 dniach urlopu macierzyńskiego wróciła do pracy i ani razu nie wzięła zwolnienia. – Szybko wróciłam do formy, bo miałam sprawny organizm, o który cały czas dbałam, uprawiając sporty – podkreśla. Żartuje, że jej córka urodziła się prawie na rowerze – Teresa jechała akurat na działkę, a poród zaczął się trzy tygodnie przed terminem.
Przez pierwszy rok pomagała mama, potem Teresa zatrudniała nianię. Na szczęście mieszkała blisko lotniska („5 kilometrów i 800 metrów”, precyzuje Teresa). Pomagali też koledzy: chętnie zamieniali się dyżurami, odbierali z przedszkola, gdy mama nie mogła. – Mieliśmy dobre, koleżeńskie relacje – podkreśla. Mąż Teresy też jest pilotem – obecnie na emeryturze – specjalizującym się w lotnictwie gospodarczym. – To dodatkowo ułatwiało sprawę. Wspólne problemy. Dużo zrozumienia i wzajemnej pomocy – zapewnia.

W lotnictwie sanitarnym pracowała 17 lat, do 2000 r. – Całe życie do pracy chodziłam z przyjemnością, ale to właśnie ta praca dawała mi największą satysfakcję. Czułam, że robię coś ważnego, że pomagam – podkreśla. Wspomina pewną wigilię pod koniec lat 80. Pogoda słaba, więc pojechała do domu (5 kilometrów 800 metrów) lepić pierogi. Nagle dzwoni kolega dyspozytor, żeby przyjechać, bo jest lot ratowniczy – trzeba człowieka zawieźć do Gdyni do komory hiperbarycznej. Męża akurat nie było, więc zadzwoniła do siostry, żeby przyjechała popilnować czteroletniej wówczas córki. Wystartowali koło 16, już po ciemku, wrócili koło 22. – Pamiętam, jak lecimy w tych ciemnościach nad miastami i myślę sobie, że tam w dole ludzie dzielą się opłatkiem, siedzą z rodzinami przy stole, a my sami w tym samolocie… Czułam satysfakcję, że wprawdzie coś poświeciłam, ale nie na marne. Że to było potrzebne. Dołączyłam spóźniona do rodziny i czułam się w te święta podwójnie dobrze – wspomina. Ale nieraz z lotu trzeba było zrezygnować. – Musieliśmy podejmować właściwe decyzje. Czasem polegało to na tym, że ze względu na złą pogodę się nie leciało. Czasem trzeba było lot przerwać. Żeby żyć, czasem trzeba zawrócić – podkreśla. Żeby akcja się udała, często trzeba było wziąć w niej czynny udział, pomóc przenieść chorego, wsadzić go do śmigłowca. – Nosze nosiłam bez gadania – ucina krótko.

Z lotnictwa sanitarnego przeszła do rodzącego się lotnictwa policji wrocławskiej. – Na śmigłowcu MI-2 wykonywałam zadania dla policji przez 6 lat, 5 miesięcy i 3 dni. Dużo by opowiadać, ale nie będę tego robić – kończy temat, a ja wiem już, że nie ma co dyskutować. Przez następne lata latała na Robinsonie 44 w fabryce mebli Bodzio, której szef kupił śmigłowiec, żeby sprawniej podróżować w interesach. – Fajny gościu, bardzo konkretny facet, szanowaliśmy się wzajemnie – wspomina. Gdy sprzedany w końcu przez jej szefa śmigłowiec spłonął przypadkowo jakiś czas później, płakała jak dziecko. – To było takie cacko, ten mój śmigłowczyk!

Teraz na emeryturze, na samolotach, jak mówi, podlatuję, ale na śmigłowcach nie latała od roku. – Bardzo bym chciała, ale nie mam gdzie. Marzę, żeby jeszcze popracować jako pilot dyspozycyjny. Szukam pracy u kogoś, kto ma śmigłowczyk i potrzebuje pilota, a nie chce inwestować w jego szkolenie. Jestem wolna – uśmiecha się zachęcająco. Gdy pytam, czy tzw. duże latanie nigdy jej nie ciągnęło, opowiada, jak zaraz po studiach starała się o pracę w Locie. – Byłam nawet na rozmowie z dyrektorem, ale wówczas nie wyobrażano sobie kobiety pilotującej duży samolot. Więc poszłam w małe lotnictwo i nie żałuję. Okazało się, że to jest właśnie to, co mnie najbardziej rajcowało – mówi, a ja dopytuję o konkrety. – To proste! Latając na małych maszynach widzi się piękno świata. Tu coś kwitnie, tam płynie, raz zielono, raz złoto. To jest dla mnie największa wartość latania. W dużym lotnictwie tego nie ma. Za chwilę będę latać na wysokości 200-300 metrów, żeby zrzucać te szczepionki dla lisów, to sobie dokładnie wiosnę z góry obejrzę!

 

Tekst: Olga Wiechnik.
Zdjęcia: Magda Starowieyska.


Comments (1)

  • Magdalena . 27 września 2017 . Odpowiedz

    Hymm, Artykuł piękny, ale gwarantuję, że nie wypełnia w najmniejszym procencie wartości samej Tereski!!! To jest człowiek (KOBIETA CZŁOWIEK!!! z MEGA JAJAMI W GŁOWIE I CIELE). Gdy ją poznałam osobiście, bo wcześniej jedynie z opowieści, natychmiast stworzyła się więź. Jak ptak. Jak ANIOŁ, bo wierzę w Anioły. Wartościowa i wspaniała kobieta. Oby skrzydeł jej nikt nie podciął. Choć wydaje mi się to niemożliwością.
    Dziękuję, że jesteś!!
    Magda

Dodaj komentarz