Paweł Dobrzański

Z sokołem jak z dzieckiem
26 kwietnia 2017

– One też mają swoje charakterki. Jak któryś ma zły dzień, nie chce mu się pracować. Siada na hangarze i czeka, aż po niego przyjadę. Wie przecież, że go nie zostawię. Swój ptasi rozumek ma.

Paweł Dobrzański od sześciu lat pracuje jako sokolnik na lotnisku Modlin. Lotnisku dla sokolnika trudnym, bo położonym nad dużą rzeką, na terenie do niedawna zalesionym, w niedalekim sąsiedztwie składowiska odpadów. Czyli wszystkiego, co ptaki lubią najbardziej. Startujące i lądujące samoloty przecinają stałe szlaki migracyjne wielu zwierząt. O kolizję nietrudno.

Paweł i jego pracownicy (dziesięć drapieżnych ptaków – sokołów, jastrzębi i rarogów) zaczynają o świcie. Wiosną pierwszy obchód – a właściwie objazd w specjalnie przystosowanym samochodzie – robią o 6 rano. Kolejne powtarzają co godzinę. Na belce zamontowanej w miejscu po fotelu pasażera siedzi sokół, a na tylnej kanapie pies Niko, który przegania większą zwierzynę (gęsi, bociany albo lisy, które wspinają się po wysokim ogrodzeniu i przeskakują na teren lotniska). Ta pierwsza runda jest najtrudniejsza, trzeba sprawdzić, czy na pasach startowych i drogach kołowania nie leżą martwe zwierzęta, które mogłyby przyciągać kolejne ptaki. Martwe trzeba zabrać, a na żywe wypuścić sokoła. Paweł jest w stałym kontakcie z wieżą, której piloci i pracownicy lotniska zgłaszają zauważone w okolicy ptaki. – Chyba jakieś szkolenia im zaczęli robić, bo dawniej tylko: „stado białych”, albo „małe czarne”, a teraz: „szpaki”, „mewy”, nawet myszołowy rozpoznają – śmieje się Paweł.

Najgorzej jest po deszczu – na wszystkie utwardzone fragmenty lotniska wypełzają dżdżownice i gąsienie. Obiad podany jak na talerzu. Wtedy zlatują się mewy. – Wszyscy dzwonią, ruch na linii ogromny, bo każdy ma obowiązek zgłosić zagrożenie – tłumaczy Paweł. – A taka mewa jest już spora. Bo to, jak bardzo niebezpieczne jest zderzenie, zależy od masy ptaka. Jeżeli samolot zderzy się z ptakiem powyżej kilograma, np. myszołowem czy bocianem, szczególnie jeżeli ten ptak wpadnie w silnik, to zagrożenie jest śmiertelne. Właśnie taka sytuacja miała miejsce w przypadku awaryjnego lądowania tego samolotu na rzece Hudson. Kilka gęsi wpadło do dwóch silników airbusa, silniki się wyłączyły – tłumaczy. Ale małe ptaki też bywają groźne. Pod koniec marca w Modlinie podczas podejścia samolot wpadł w stado szpaków. – Złapał 46 sztuk. Żaden nie przeżył, a samolot już tego dnia nigdzie nie poleciał. Przylecieli mechanicy z Dublina, poczyścili, posprawdzali, ponaprawiali – opowiada.

Dziś już chyba na wszystkich lotniskach cywilnych zatrudniani są sokolnicy, dbający o to, żeby kolizji ptaków z samolotami było jak najmniej. Choć – przynajmniej w Polsce – jest to metoda stosunkowo nowa, zagrożenie znane jest od dawna. Za pierwszą kolizję statku powietrznego z ptakiem uznaje się zderzenie, które przytrafiło się braciom Wright w 1908 roku. Z kolei Calbraith Perry Rogers, pierwszy człowiek, który przeleciał samolotem przez Stany Zjednoczone od wschodniego do zachodniego wybrzeża, do historii przeszedł jako pierwsza ofiara śmiertelna zderzenia z ptakiem. Z mewą właśnie. Choć samoloty stawały się coraz większe i szybsze, wcale nie zwiększało to ich szans – wręcz przeciwnie: małej, wolniej lecącej maszynie łatwiej ptaka ominąć. – A i ptak samobójcą nie jest, jak ma szansę nie wpaść w samolot, to w niego nie wpadnie – podkreśla Paweł.

Według danych zbieranych przez międzynarodowy system informacji o zderzeniach z ptakami IBIS wynika, że do ok. 90% zderzeń ze zwierzętami dochodzi na lotniskach lub w ich sąsiedztwie. – Staramy się tę pracę wykonywać uczciwie i solidnie, ale 100% gwarancji nie damy, bo to niemożliwe. Każdą kolizję, nawet z małym ptakiem, dokładnie raportujemy, każdy przypadek sprawdza komisja badań wypadków lotniczych, a potem z kolei komisja danego lotniska, w której skład wchodzi też niezależny sokolnik – wyjaśnia Paweł.
Lotniskowi sokolnicy do pomocy mają też technologię, ale ta w przypadku zwierząt nie na wiele się zdaje. Odstraszacze dźwiękowe, emitujące odgłosy przerażonych ptaków („głosy trwogi”, mówi Paweł) nie tylko zachęcają inne drapieżne zwierzęta, które czasem sprawdzają, czy przypadkiem nie da się podłączyć do jakiejś uczty, ale też nie są zbyt skutecznie na inne ptaki, które po miesiącu się po prostu przyzwyczaiły.
Jest też rewolwer hukowy, z którego się korzysta, gdy deszcz albo silny wiatr uniemożliwiają wypuszczenie sokoła. – Sokół puszczony podczas silnego wiatru, zbacza z kursu i może nam się znaleźć dopiero gdzieś pod Warszawą – tłumaczy. – Na szczęście część ptaków ucieka już na sam widok samochodu sokolnika. Wszystkie operacje robimy z tego samego auta, żeby kojarzyły go z niebezpieczeństwem – dodaje.

Samochód, w którym jeździmy po lotnisku, jest zaskakująco czysty. Gdy o to pytam, Paweł śmieje się i przyznaje, że został specjalnie na moją wizytę wysprzątany. – Na co dzień to inaczej wygląda – przyznaje. – Samochód to najmniejszy problem, ale spodnie, buty! Ptak nie uprzedzi, nie daje ostrzeżenia. A pole rażenia ma spore! Szczególnie jastrząb potrafi strzelić – nawet do półtora metra. Dawniej jak ptaki przewoziłem na rękawicy w pociągu czy autobusie, nie raz musiałem przepraszać jakąś panią w pięknym futrze czy innym jeszcze przed chwilą czystym ubraniu – wspomina.

Paweł Dobrzański z wykształcenia jest leśnikiem. Jego przygoda z sokolnictwem zaczęła się w szkole średniej – technikum leśnym z Zagnańsku, gdzie przy szkole działał ośrodek rehabilitacji ptaków drapieżnych. Uczniowie razem z nauczycielami i miejscowymi weterynarzami ratowali ptaki, które zderzyły się z samochodem czy liniami wysokiego napięcia. Z zastosowaniem metod sokolniczych prowadzili rehabilitacje ptaków, a potem wypuszczali je z powrotem na wolność. Ptaki w sokolarni w Modlinie pochodzą z hodowli zamkniętych. W Polsce wszystkie ptaki drapieżne są pod ochroną, więc nie można ich pozyskiwać z natury. – Mimo że urodziły się w niewoli, z człowiekiem nie miały za bardzo do czynienia, młode są więc zupełnie dzikie. I cała sztuka polega na tym, żeby tę wrodzoną dzikość przezwyciężyć i przekonać do traktowania człowieka nie jak wroga, ale jak towarzysza – tłumaczy mi. Jak to zrobić? – Siłą nic się tu nie zdziała. Tylko po dobroci. Najlepiej działa przekupstwo mięskiem – dodaje.

Młodego ptaka najpierw nosi się w miejsca podobne do tych, w jakich w przyszłości będzie pracował: między ludźmi, samochodami, budynkami, samolotami, żeby go z takim otoczeniem oswoić. Zakłada mu się uprząż – pęta na nogi, długa linka. Nosi się go na grubej skórzanej rękawicy. – Jak się to robi z wyczuciem, ptaki od początku reagują raczej spokojnie – zapewnia Paweł. Na głowę zakłada się mu skórzany kapturek, żeby ograniczyć ilość bodźców. Gdy się przyzwyczaja do tych słuchowych, kapturek się ściąga (na kilka sekund, kilka minut, potem dłużej), dochodzą bodźce wizualne. Kolejny etap to trening wracania na rękawicę. – Sadzamy sokoła przypiętego do linki na siedzisku i odchodzimy na kilka metrów. Kładziemy na rękawicy jakiś smaczny kąsek i zachęcamy do wskoczenia na rękawicę. Najpierw z odległości pół metra, potem metra, potem pięciu. Jak ptak przylatuje bez oporów z 30, odpinamy sznurek. Reszta to wrodzony instynkt, polowania ptaka uczyć nie trzeba – zapewnia. Przed każdym wolnym lotem zaczepia się do piór nadajnik telemetryczny. – Bo ptak nie ucieka, ptak się gubi: w pogoni czasem zapędzi się za daleko i nie wie, jak wrócić. Zwykle siada gdzieś i czeka. A my go namierzamy i po niego jedziemy – opowiada sokolnik.

Paweł tłumaczy mi, że sokoły są spokojniejsze i łatwiejsze do ułożenia niż jastrzębie, które wymagają więcej pracy. Jastrząb jest ptakiem krótkiego lotu – poluje z zaskoczenia. Sokół krąży wysoko i atakuje to, co przelatuje pod nim. W takim pikowym locie atakującym potrafi rozwinąć prędkość nawet do 300 kilometrów na godzinę. Gdy pytam, czy ma swojego ulubionego ptaka, początkowo zaprzecza: – Staram się nie faworyzować, żeby żaden nie czuł się urażony – mówi. Ale po chwili dodaje: – No dobra, mam takiego ulubionego jastrzębia. Już nie pracuje na lotnisku, mieszka z moimi rodzicami. Opiekuje się nim moja mama. Bo przez to, że ja się tymi ptakami zainteresowałem, moja mama się sporo nauczyła. Nie miała wyboru: synek przynosił różne stworzenia, to musiała się nimi zaopiekować. Ale nie narzekała.

Między kolejnymi patrolami terenu lotniska sokolnik musi zadbać o sokoły. Żeby ptaki były sprawne i zdrowe, każdy musi codziennie choć przez te pół godziny polatać. Poza tym w sokolarni zawsze jest też coś do zrobienia.
– Spokój. I cierpliwość – odpowiada Paweł, gdy pytam go, co jest w tej pracy najważniejsze. – Żeby dzikie zwierzę nauczyć zaufania do człowieka, trzeba być bardzo cierpliwym. Trzeba mieć też bardzo dużo czasu. Jeśli ktoś chce się tym zająć na poważnie, musi być gotowym ten czas poświecić – mówi i po chwili dodaje. – Ja nie miałem kiedy nawet rodziny założyć. Cały czas jestem tutaj z tymi zwierzakami. Nie ma urlopu, nie ma świąt. Nawet jak się ma teoretycznie wolne, trzeba przyjechać, nakarmić, zobaczyć, czy sobie krzywdy któryś nie zrobił, nie zaplątał nogi w sznurek, nie wsadził głowy w ogrodzenie. Jak z małym dzieckiem! To nie jest praca, to jest sposób na życie.

Tekst: Olga Wiechnik.
Zdjęcia: Magda Starowieyska.


Dodaj komentarz