Monika Bekhit

Kobieta z nieba
25 stycznia 2017

 

381 km/h to jej osobisty rekord prędkości spadania na ziemię. Jednak nie prędkość w jej życiu skoczka spadochronowego jest najważniejsza, a odległość. Monika Bekhit to mistrzyni świata w skokach na celność, co oznacza, że w punkt o średnicy 2 centymetrów trafia bezbłędnie. Zanim zaczęła skakać chciała być weterynarzem, pierwszy skok zmienił całe jej życie.

 

Agata Król: Pamięta pani swój pierwszy skok?

Oczywiście! To było 28 lat temu, w Nowym Targu, 4 czerwca 1989 r. Pierwszy skok był ogromnym zaskoczeniem. Wyobrażenie na ten temat na ziemi jest zupełnie inne niż w rzeczywistości. Po pierwsze nie byłam przygotowana psychicznie na taką prędkość samolotu i na ten pęd powietrza, który czekał za drzwiami. Byłam przekonana, że spadochron otworzy się natychmiast. A efekt był taki, że zanim się otworzył zdążyłam zrobić fikołka. To był pierwszy szok. Nie było to aż takie proste, jak mi się wydawało będąc na ziemi. Szkolili nas starszą metodą, gdzie pierwsze skoki odbywały się za pomocą liny desantowej, na okrągłych spadochronach i potem stopniowo zwiększało się wysokość i opóźnienie otwarcia spadochronu – 3 sekundy, 5 sekund, potem 8 itd. Było to bardziej czasochłonne, ale dzięki temu dużo skakaliśmy. Nic nas to nie kosztowało, więc nie wybrzydzałam.

Ile skoków ma pani teraz na koncie?

5942. Jest szansa, że jubileuszowy 6000 skok zrobię w przyszłym sezonie. Brakuje mi niespełna 60 skoków.

Czy to będzie wyjątkowy skok?

Ja nie lubię takich imprez. Wiele osób robi to z pompą, a ja raczej nie. 5000 skok był zwykłym skokiem celnościowym, bo byliśmy w trakcie przygotowań do Światowych Igrzysk Wojskowych i wtedy trening był na wagę złota. Zależy to więc, gdzie akurat będę przebywać, co robić, czy nie przypadnie on na jakieś zawody spadochronowe. Jeżeli jest taka możliwość, to faktycznie te skoki jubileuszowe robi się ciekawsze – z większej wysokości, w większej grupie osób, itp.

Które skoki zapamiętała pani szczególnie?

Skok na amerykańskim sprzęcie desantowym z 200 metrów na pokazach lotniczych w Tomaszowie Lubelskim. Była to rekonstrukcja historyczna zrzutu Cichociemnych. Zapamiętałam go ze względu na niewielką wysokość. Bałam się tak, że myślałam, że nie trafię w drzwi. Nie jestem przyzwyczajona do tak niskich pułapów – spadochron otwiera się od razu i nie ma rezerwy czasowej na otwarcie zapasu. Zwykle na tej wysokości już na otwartym spadochronie, przygotowuję się do lądowania, a nie myślę, żeby wyskoczyć z samolotu. Czułam się jakbym skakała na base jumping. Kolejna fajna przygoda to skok w Kisielowie z motolotni, takiej dwuosobowej, na której musiałam przeciskać się między linkami, żeby wyskoczyć. Też się bałam, bo kompletnie tej motolotni nie ufałam. Ciekawy sprzęt, z jakiego skoczyłam w Japonii to jeszcze Chinook – dwusilnikowy, wielki wojskowy śmigłowiec. No i skok z szybowca z okazji 3000 skoku! Startowaliśmy z otwartą kabiną, potem weszłam na skrzydło i skoczyłam. Ciekawe przeżycie, trudne do porównania z jakimkolwiek innym skokiem.

Trudno było utrzymać równowagę na skrzydle?

Dałam radę, ale czułam się niepewnie. Człowiek niby wie, że ma spadochron na plecach, ale żaden skoczek nie chce spaść wtedy, kiedy tego nie planuje. To nie jest przyjemne. Szybowiec leci wolniej, niż samolot, więc jak skoczyłam przy tej małej prędkości, to zrobiłam z dwa fikołki… a jeszcze to było nagrane na kamerę, więc wszyscy mieli bardzo duże pole do tego, żeby się ze mnie pośmiać. Mówili, że 3000 skok, a spadłam, jak kukła (śmiech).

Z góry świat wygląda inaczej, a które miejsce najpiękniej?

Chyba zawiodę, jeśli powiem, że podczas zawodów nie mam nawet czasu się rozejrzeć. Kiedy skakałam w Finlandii, po siódmym skoku trener zapytał: Monika, no powiedz no, są te tysiące jezior? A ja odpowiedziałam, że nie zauważyłam… OK, skoczę jeszcze raz to się przyjrzę. Po wylądowaniu mówię: no są! Na zawodach jestem bardzo skoncentrowana. Myślę, że najpiękniejsze skoki są w Dolomitach. Każdego roku jest tam Puchar Świata w Belluno. Góry robią wrażenie, podobnie jak na Słowenii, czy w Szwajcarii. Skakałam w ponad 30 krajach świata. Natomiast z tych ciekawszych miejsc, w których lądowałam, to na przykład Stary Rynek w Krakowie. Skakał wtedy również gen. Mieczysław Bieniek i pamiętam, że bardzo wiało, a było dużo ludzi na rynku, więc to wyznaczone miejsce do lądowania wydawało się małe. Ten skok kosztował nas dużo nerwów. Z zawodów, najciekawsze były te wojskowe w Szwajcarii, gdzie każdy skok był w innym miejscu. To były zawody na celność lądowania, ale te miejsca do lądowania mogliśmy zobaczyć tylko na opublikowanych zdjęciach z google maps. Bardzo trudne były te miejsca – na przykład na cyplu linii brzegowej gdzieś między drzewami, w Zurichu na plaży przed kasynem – taki wąski przesmyk, a cztery ostatnie kolejki odbyły się na barkach na rzece, gdzie barka była wielkości niewiele większej niż materac, na którym lądujemy. Do tego jeszcze była naturalna przeszkoda w formie mostu, jakby tamy i bardzo silny wiatr. Dwa razy lądowałam w wodzie (śmiech). Po tych zawodach, uwierzyłam, że potrafię wylądować w każdym miejscu.

Skąd to zainteresowanie spadochroniarstwem? Przed pierwszym skokiem nie miała pani nawet wyobrażenia o tej aktywności.

Zachęciła mnie koleżanka, którą poznałam w Nowym Targu. Danuta była już bardzo doświadczonym skoczkiem i to właśnie od niej dowiedziałam się, że skakanie nie jest wcale takie nieosiągalne. Wtedy wystarczyło tylko zapisać się do sekcji spadochronowej, odpracować godziny społeczne i spełnić wymagania. Nie każdego wtedy zapisywali, szansę miały młodsze osoby, które z czasem mogły stać się zawodnikami. Dorastałam w Nowym Targu i tam lotnictwo zawsze było obecne. Działał aeroklub i cały czas coś tam latało, albo skakało. Ja zawsze myślałam, że aby wyskoczyć z samolotu, to trzeba było być wojskowym, trzeba było mieć nie wiadomo jakie znajomości. Nie wiedziałam, że było to wówczas takie dostępne i na wyciągnięcie ręki. Każdy zdrowy nastolatek mógł mieć nowe zajęcie, czy znaleźć pasję. Co było dla mnie ważne, nie było bariery finansowej, nie musiałam nic płacić.

To było okno na świat?

Tak, w tamtych czasach wyjazd za granicę to było wydarzenie, zupełnie inaczej niż w tych czasach. Uprawianie skoków spadochronowych jako sport – a ja wtedy nie wiedziałam, że to jest sport, że odbywają się zawody – dawało możliwość jeżdżenia po świecie. To też motywowało, aby się tego trzymać.

A ten pierwszy skok zachęcił panią, czy trochę wystraszył?

Zachęcił do tego stopnia, że jedyne o czym marzyłam, to żeby jak najszybciej zrobić następny, następny… jak ja tęsknię za tymi trzema pierwszymi sezonami! To jest taka zachłanność i taka straszna zazdrość też o innych, którzy skaczą, a nie ja. Tęsknię za tym głodem skoków,  jaki jest na początku.

Kiedy okazało się, że rokuje pani jako zawodnik?

 Nie można po kilku skokach powiedzieć, że jedna osoba rokuje, druga osoba nie rokuje, bo szkolenie jest długotrwałe. Aby zobaczyć czy ktoś ma talent, trzeba mu najpierw dać zrobić z tysiąc skoków i pozwolić trenować kilka sezonów. Moim atutem było to, że ja byłam bardzo młoda – nie miałam ukończonych 16 lat i instruktorzy widzieli, że jestem wysportowana. Wtedy trenowałam karate dość intensywnie i fizycznie byłam bardzo dobrze przygotowana. To sport dla kobiet, które są dużo bardziej fizycznie przygotowane niż przeciętne kobiety z ulicy – musiałam przynajmniej raz podciągnąć się na drążku nadchwytem – niewiele kobiet potrafi to zrobić. Instruktorzy widzieli we mnie potencjał. W drugim sezonie, powołali mnie do kadry narodowej. Otworzyli mi furtkę tym samym do wyjazdów na zgrupowania i bardziej intensywnego treningu. Skakaliśmy po 10 – 12 razy dziennie, co dawało około 300 – 400 skoków rocznie. W czwartym sezonie, kiedy miałam 18 lat, mogłam pochwalić się tysiącem skoków. Taka dawka treningów sprzyjała nauce, do tego miałam świetnych instruktorów – Andrzej Palenik był doświadczonym zawodnikiem i potrafił sprzedać wiedzę, trener Stanisław Świerczek dał mi ogromne możliwości i umacniał mnie w przekonaniu, że jestem dobra i że mam szansę do czegoś dojść. Nawet nie marzyłam o tym, że będę osiągać takie wyniki, że uda mi się nawiązać walkę ze światową czołówką. Wiedziałam, że w Polsce złoty medal zdarza się raz na wiele, wiele lat, a przy naszym szkoleniu, mimo iż było ono bardzo intensywne, to i tak mniej skakaliśmy, niż zawodnicy innych krajów.

Czy jako nastoletnia dziewczyna marzyła pani, o tym, żeby swoją przyszłość związać ze skokami?

Chciałam być weterynarzem… no i wszystko rozbiło się o skoki. Po tym pierwszym wiedziałam, że właśnie tym chcę się zajmować w życiu – to był taki duży głód skoków! Znalezienie pracy w tej branży byłoby spełnieniem marzeń, ale wtedy wydawało się to bardzo nierealne. To były czasy, kiedy kobiet nie przyjmowano tak chętnie do wojska jak teraz. Dalej jednak szłam w tym kierunku, poszłam na Akademię Wychowania Fizycznego i w Wojskowym Klubie Sportowym Wawel w Krakowie, pod okiem trenera Tadeusza Matejka, kontynuowałam trening. Dostałam tam bardzo dużą dawkę skoków. Po ukończeniu uczelni dostałam etat cywilnego pracownika wojska, gdzie mogłam swobodnie uczestniczyć w treningach, bez żadnych ograniczeń… i to zaprocentowało.

 

Kiedy przyszły te największe sukcesy?

Te pierwsze sukcesy przyszły w odpowiednim momencie. Byłam psychicznie przygotowana, że moja kariera skoczka potrwa tak długo, jak długo będę juniorką. Potem zazwyczaj dziewczyny same odchodziły, lub były z kadry usuwane, ponieważ ciężko było walczyć o medale w seniorkach. Pierwsze międzynarodowe medale juniorskie zaczęły wpadać od 1993r. Ale poważne sukcesy zaczęły się trzy lata później, w 1996r. Sama byłam zaskoczona swoimi wynikami – jeszcze jako Monika Filipowska, zdobyłam złoty i srebrny medal w klasyfikacji juniorek i na tych samych zawodach 3. miejsce w klasyfikacji seniorek. To była ogromna radość i euforia – poczułam, że te wszystkie lata nie poszły na marne. Uwierzyłam, że jednak sukces jest możliwy, że uda się zdobyć medal, nawiązać rywalizację w konkurencji seniorek. Dostałam spory zastrzyk wiary w siebie, a potem już właściwie co roku miałam medal. Rok później przyszedł moment, kiedy nie chciałam być dłużej w juniorach. Na Ikariadzie, na Światowych Igrzyskach Lotniczych, powstał dylemat, czy mają mnie zgłosić jako juniorkę czy seniorkę. Wiedzieli, że w juniorkach mam sporą szansę na medal, natomiast w seniorkach jest ciężko. Uparłam się wtedy, że chce być seniorką, że podejmę ryzyko, że chcę nawiązać walkę, najwyżej nie będę miała medalu. Wystawili mnie w obu konkurencjach.

Z jakim efektem?

To był 1997 rok. W juniorkach miałam dwa medale, ale w seniorkach miałam piąte, albo szóste miejsce. W dzień wylotu na zawody, miałam wypadek samochodowy, Startowałam, więc ze skręconą nogą, z szyną, ale nie chciałam tych zawodów odpuścić. Biorąc pod uwagę okoliczności, miejsce, które zajęłam było naprawdę dobre. W zawodach miejsce do lądowania było tak trudne, że mniejsze znaczenie miało precyzyjne postawienie nogi, a większe, żeby w ogóle dolecieć do tego dysku. Dzięki temu ta kontuzja nie miała aż tak dużego przełożenia na wynik, jak zwykle.

Zdobyła pani puchar, złoty medal – najważniejsze trofea. Był Mazurek Dąbrowskiego.

Bardzo rzadko zdarza się w spadochroniarstwie usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego. Bardzo wzruszający moment. Tak się trzęsłam, ciężko było się opanować. Jak już raz ma się złoty medal, to potem muszę przyznać, że srebro, czy brąz pozostawia uczucie niedosytu. Z seniorskich Mistrzostw Świata FAI mam jeden złoty medal i zdaje się, że w historii polskiego spadochroniarstwa, są tylko dwa takie złote medale w skokach indywidualnych FAI [wcześniej Stanisław Sidor w 1973r.]. Wygrałam też, po sześciu edycjach, Puchar Świata w celności w 2014r. To osiągnięcie też sobie cenię, bo Puchary są bardzo trudne. Jest to sześć zawodów w górskich miejscowościach – w Polsce ciężko się do tego przygotować, ponieważ nie mamy treningów w takich warunkach. Startują tam tylko celnościowcy, nie ma też limitów zawodników dla poszczególnych państw, więc poziom przez to jest bardzo wysoki. Sporo miałam drugich i trzecich miejsc, ale jedno srebro cieszy mnie szczególnie. Zdobyłam je podczas Igrzysk Wojskowych w Brazylii w 2011r. w ortezie na kolanie.

Jaka jest taktyka wcelowania w te 2 centymetry?

 Skok podzieliłabym na dwa etapy. Pierwszy etap to jest doprowadzenie spadochronu w zasięg centra. Centrem jest dwucentymetrowy punkt. Trzeba bardzo dobrze ocenić warunki atmosferyczne i podjąć decyzję, z której strony podejść. Drugi etap, to już jest samo postawienie nogi. To jest na tyle trudne, że żeby precyzyjnie trafić, trzeba mieć tę nogę odpowiednio zrelaksowaną. Jeżeli ktoś jest napięty, ma napięte ciało, bardzo trudno jest trafić końcówką pięty w centro. Trzeba mieć żelazne nerwy, żeby przy bujającym się spadochronie we wszystkie strony, manewrując, precyzyjnie postawić nogę. Celność musi być dopracowana od pierwszego skoku do ostatniego. Nie można sobie pozwolić na żaden błąd, w żadnym skoku, bo jest tak wyrównana czołówka. Potem błąd jest nie do nadrobienia.

Pani specjalnością jest celność lądowania, czy skacze pani również dla przyjemności?

Celność to moja dyscyplina sportowa. Ostatnio bardzo mi się spodobało speed skydiving. Niestety nie mogę tego robić w ramach Ośrodka, ale skakałam prywatnie. Mój rekord średniej prędkości w strefie to 381 km/h. To bardzo wciągająca aktywność i gdybym miała wybór, to wolałabym teraz to, niż celność. Potrzebuję nowych wrażeń.

To już jest skakanie z dużej wysokości.

 Wyskakuję z 4000 metrów. Zadaniem skoczka jest uzyskać jak największą prędkość. Leci się z głową w dół, bo ta pozycja gwarantuje jak największe prędkości. A tę mierzy się specjalnym sprzętem elektronicznym, na odcinku pomiędzy wysokością 2700 metrów a 1700 metrów i wyciąga średnią. Najtrudniejsze jest zachowanie pozycji przy tak rosnącej prędkości. Rekordziści świata osiągają pod 600 km/h prędkości. Podoba mi się to, czuję, że robię postępy i wciąga mnie to coraz bardziej. Jest to taka alternatywa do celności.

Czy to jest niebezpieczne?

Nie słyszałam o wypadkach śmiertelnych, ale w przypadku zagapienia się z otwarciem spadochronu, mało czasu zostaje na bezpieczne lądowanie, są to takie prędkości. Nie obca jest mi też akrobacja indywidualna – 2200 metrów wysokości i 25 sekund opóźnienia – zadanie: wykonanie przed otwarciem spadochronu sześciu nakazanych figur, w jak najkrótszym czasie.

W którym momencie pojawiło się wojsko?

 Wojsko się pojawiło w 2003 roku, kiedy w wyniku restrukturyzacji WKS-ów zabrano mi część etatu. Musiałam coś z sobą zrobić. Zaczęłam szukać pracy gdziekolwiek, co nie było łatwe, bo to był styczeń. Dostałam informację, że rusza studium oficerskie, takie eksperymentalne, dla absolwentów szkół wyższych. Po odbyciu tego studium miało się pracę w wojsku na etacie dowódcy plutonu. Sytuacja zmusiła mnie do tego, żeby podjąć tę decyzję. Nie była ona łatwa, ponieważ miałam 9-letnią córkę, a to szkolenie wiązało się z rozłąką. Życie zmusiło mnie do zdecydowania się na to, ponieważ nie miałam pracy. Cieszę się, że z tego skorzystałam.

Jakim była pani dowódcą?

Od żołnierzy na Dzień Kobiet dostałam kwiaty z takim bilecikiem: „dla wspaniałej kobiety i dowódcy”. To dla mnie bardzo dużo znaczyło, było ogromnym wyróżnieniem. Jakim byłam dowódcą, trzeba by było zapytać ludzi, z którymi służyłam, żołnierze byli świetni i nie miałam problemu z utrzymaniem dyscypliny …ale czy to jest kluczowa wykładnia do oceny? Dobrze współpracowałam z moimi podwładnymi, z dowódcami drużyn, którzy bardzo mi pomagali. Nie miałam doświadczenia i bez wsparcia kadry ciężko by mi było dowodzić pododdziałem. Trzy lata byłam dowódcą plutonu w 16 Batalionie Powietrzno-Desantowym w Krakowie. Musiałam wtedy przerwać skoki wyczynowe i robiłam pięć skoków rocznie na spadochronach desantowych. Ta praca nie należała do łatwych. To był okres, kiedy pierwszy rzut kobiet zasilił szeregi jednostek liniowych dowódców plutonu. Czułam sporą presję, aby udowodnić, że jako kobieta nadaję się do wojska. Dzisiaj jestem kapitanem Sił Powietrznych w Ośrodku Szkolenia Wysokościowo-Ratowniczego i Spadochronowego w Poznaniu.

Na zawodach reprezentuje pani nie tylko wojsko, ale i Polskę.

Jestem w reprezentacji Wojska Polskiego, instruktorem spadochronowym drugiej klasy i na dzień dzisiejszy robię to, co lubię. Życzę każdemu takiej pracy.

 

Tekst: Agata Król
Zdjęcia: Michał Adamski


Comments (1)

  • Skydiveblog . 29 września 2017 . Odpowiedz

    Więcej takich kobiet nam potrzeba! Aż miło czytać o Tobie 🙂

Dodaj komentarz