Marcin Szamborski

Nie czuje, że pracuje
25 stycznia 2017

Jego życie to realizowanie marzeń. Porzucił pracę w korporacji, by latać śmigłowcem. Dziś ma firmę lotniczą, zdobywa medale na mistrzostwach i właśnie przygotowuje wyprawę życia. Razem z mistrzem świata, Rosjaninem Maximem Sotnikovem zamierzają oblecieć kulę ziemską. 

 

Agata Król: To niesamowity projekt! Kiedy, dokąd, z jakiego miasta wyruszacie?

Ruszamy w połowie kwietnia 2017r. Zaczynamy w Moskwie, następna będzie Warszawa, Salzburg, Londyn, następnie Szetlandy, Wyspy Owcze. W Rejkiawiku będziemy mieć trzy dni przerwy, a potem Grenlandia dookoła, Montreal. Być może w Kanadzie będziemy mieli dzień pokazów – Maxim ściągnie swojego nawigatora, ja mojego brata – zapraszamy tam środowiska śmigłowcowe. Dalej być może zahaczymy o USA, choć to jeszcze nie jest załatwione, następnie Vancouver i stąd już blisko na Alaskę. No i powrót do Rosji – Kamczatka, Czukotka, wzdłuż południowej granicy Rosji do Irkucka, gdzie znów zrobimy sobie trzydniową przerwę. Kolejny nasz punkt to Krasnodar na północ od Gruzji i na koniec Moskwa.

Śmigłowcem…

Będziemy 17 drużyną śmigłowcową w historii, która przeleci świat dookoła. Latały już setki samolotów, śmigłowce – to rzadkość. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie sport śmigłowcowy. Z Maximem znam się z lotnisk, z moich wizyt w Rosji i z jego wizyt w Polsce. Gdyby nie sport, na pewno takiej szansy bym nie miał.

W momencie pojawienia się tego pomysłu, od razu zaczęliście myśleć o nim poważnie?

Oczywiście, bardzo poważnie. Lecimy Bellem 407. To śmigłowiec, który zmieści dwóch pilotów z przodu, a z tyłu oryginalnie jest 5 siedzeń, ale my w to miejsce wstawimy 400-litrowy zbiornik paliwa. Maszyna ma zasięg 2,5h lotu, co w przeliczeniu daje około 500 km. Dzięki zapasowi paliwa, polecimy dwa razy tyle. Będziemy mieli z sobą w sumie 900 litrów paliwa.

Co musicie zabrać na taką wyprawę? Wydaje się, że dużo, ale śmigłowiec narzuca pewne ograniczenia.

Bardzo dużo! Ale faktycznie, na pokład weźmiemy niezbędne minimum. Część rzeczy będzie dosyłana, odsyłana na różnych etapach podróży.

To będzie skomplikowane logistycznie przedsięwzięcie.

Głównymi wyzwaniami tej podróży są pogoda i logistyka. Pogoda nad Atlantykiem. W Europie będzie można przeczekać, natomiast nad Atlantykiem warunki zmieniają się niespodziewanie, tak jak w górach. W tym przypadku nie będziemy czekać na najlepsze warunki. Będziemy jednak przygotowani na różne scenariusze, na pokładzie będzie tratwa, a my ubrani będziemy w specjalne kombinezony, które przez cztery godziny utrzymają temperaturę w razie wpadnięcia do wody. Będziemy mieć dwa telefony satelitarne, urządzenia, które co dwie minuty zarejestrują naszą aktualną pozycję. Oprócz tego, będziemy śledzeni online przez całą podróż, będziemy robić zdjęcia, a do śmigłowca będą przymocowane kamery. Tak, że wyprawa będzie dobrze udokumentowana. Jesteśmy też w kontakcie z mediami.

A jeszcze kilka lat temu, zamiast planować podróż dookoła świata, chodziłby pan do pracy na 8.00. Co musi się wydarzyć w człowieku, aby podjąć taką decyzję. W jednej chwili zamyka pan za sobą drzwi i zaczyna realizować sen.

Ja myślę, że wielu ludzi chce taką decyzję podjąć…

Pewnie chce, ale niewielu podejmuje. To wiąże się z ryzykiem.

Jakieś takie silne marzenie, wizualizowanie tego, że to się może udać, determinacja, wiara w to, że to się może udać. Pamiętam, że męczył mnie budzik, jak dzwonił rano. Teraz budzik mnie nie męczy. Budzę się wcześniej, słowo honoru!. Oczywiście, że muszę czasem odespać, ale nie mam już tej niechęci „znowu do roboty”. Każdemu tego życzę. Wiele osób tak się męczy, ale z jakiegoś powodu nic z tym nie robi, być może dlatego, że w korporacji mają płacone każdego pierwszego, jeśli mają rodziny na utrzymaniu, to odejście faktycznie wiąże się z ryzykiem.

Wychodzi pan z pracy. Zatrzaskuje za sobą drzwi. I co dalej, był już plan? 

Zanim zacząłem latać, jeszcze w trakcie robienia licencji, miałem dwie oferty pracy dla pilota. Byłem więc tym bardziej nagrzany, że tak to się niesamowicie układa, że jeszcze nie skończyłem kursu, a już są możliwości. Ostatecznie to nie wypaliło, ale dało perspektywy. Z licencją w ręku zastanawiałem się co dalej, czy lecieć do Ameryki, czy Nowej Zelandii, jak mam zdobywać nalot. W końcu pożyczyłem śmigłowiec w Warszawie i zacząłem realizować loty widokowe w Białce Tatrzańskiej. Tak zacząłem drogę do licencji zawodowej i tak też zakolegowałem się z człowiekiem, od którego ten śmigłowiec pożyczyłem. Zaproponował mi w pewnym momencie, wspólne założenie szkoły. Nie mieliśmy za bardzo pieniędzy, ale znalazł się trzeci wspólnik, który te pieniądze miał i jakoś to się potoczyło. Nigdy w życiu bym sobie tego nie wymyślił w trakcie robienia licencji, że jestem teraz współwłaścicielem firmy lotniczej. Czasem rzeczy same przychodzą, tak to już jest.

Licencję zaczął pan robić będąc jeszcze specjalistą od PR i jeszcze bez myśli o odejściu?

Ciągnąłem to równolegle. Miałem tę możliwość, bo prowadziłem działalność gospodarczą. Firma, z którą współpracowałem, godziła się na to, że jak były projekty to się spinałem i w nich uczestniczyłem. Później mogłem spadać na parę dni i latać. Projekt latania w Białce Tatrzańskiej miał być robiony razem z firmą, z którą pracowałem PR-owo. W to miały być wciągane firmy partnerskie, z którymi wtedy pracowaliśmy, ale w ostatniej chwili prezes zmienił zdanie… to był moment, kiedy musiałem wziąć pożyczkę z banku, żeby ten śmigłowiec wynająć, bo taka była umowa i tak się zaczęło…

Prezes w zasadzie pomógł…

Tak.

Pomogło pewnie też to, że był pan wcześniej związany z lotnictwem. Ta przygoda zaczęła się od skakania.

Właściwie tak, pierwszy raz wsiadłem do śmigłowca ze spadochronem na plecach. Razem z bratem skakaliśmy z różnych śmigłowców. To było niesamowite, że mogły one swobodnie startować z każdego miejsca. Na każdych zawodach wtedy, kiedy miał być śmigłowiec, byłem bardzo podekscytowany.

Właśnie śmigłowce, nie samoloty?

Samoloty mnie nudzą. Samoloty latają same. Oczywiście są piękne, romantyczne i fajnie jest być w przestrzeni, nad chmurami, ale jak mam siedzieć za sterami to… chyba , że miałbym latać akrobacje samolotową. To jest fajne. Tak sobie wyobrażam, bo latałem tylko jako pasażer.

Czyli adrenalina musi być obecna?

Bardziej endorfiny, które się wydzielają po tym wszystkim. To jest tęsknota za tym, za tym uczuciem. To co jest w trakcie, to co jest po. Nie chodzi o ryzykowanie samo w sobie, bo to wszystko musi być bezpieczne.

Pokochał pan śmigłowiec, a skakanie ostatecznie pan porzucił?

Skakanie rzuciłem parę lat wcześniej, po wypadku. Podczas lądowania popełniłem błąd, to była całkowicie moja wina. Wciąż uważam, że jest to najpiękniejsza forma spędzania czasu w powietrzu i najbezpieczniejsza, bo tam wszystko zależy od człowieka, nie od maszyny, mechaników, serwisu. Wszystko – od człowieka.

Tę lotniczą pasję widać doskonale na zawodach… co pan czuje, kiedy słyszy pan hasło „Dubaj”?

Cieszę się, że tak wyszło z tym Dubajem. To były zawody rozgrywane systemem pucharowym, było 16 drużyn, po każdej rundzie zostawała połowa. Tak naprawdę jeden drobny błąd, może kosztować wypadnięcie z gry. My przechodziliśmy poszczególne rundy, ale długo utrzymywaliśmy się na trzecim miejscu w klasyfikacji generalnej. Nie martwiłem się tym szczególnie, bo wiedziałem, że cały czas popełnialiśmy głupie błędy, które da się wyeliminować. Wiedziałem, że przyjdzie taki moment, że się wlatamy. Do tego, drużyna, która była przed nami była słabsza od nas, mniej trenowała i widać było, co oni latają, i że nas stać na więcej. Na szczęście w odpowiednim momencie, wróciliśmy na swój tor i lataliśmy z bratem tak jak wcześniej. Kiedy przeszliśmy do finału, to ja już wiedziałem, że mogę jechać do domu. Z nami byli Rosjanie, którzy wydają na sport powiedzmy 300 tys. dolarów rocznie, a my wydajemy nieswoich, tylko z Aeroklubu Polskiego, gdzieś pożyczonych, 20 tys. dolarów. Więc tu w ogóle nie ma co porównywać.

Pokonacie kiedyś Rosjan?

Chyba muszą umrzeć najpierw (śmiech). Żartuję, nie wiem… nie, no część Rosjan pokonujemy. Na Mistrzostwach Świata w 2015 roku 7 pierwszych drużyn było rosyjskich, potem my, 4 drużyny rosyjskie i reszta świata, więc się powoli klinem wbijamy, ale do tej czołówki jeszcze nam trochę brakuje. Rosja to jest historia 55 lat rywalizacji w tej dyscyplinie, 200 osób ubiega się o miejsce w kadrze. My dochrapaliśmy się trzeciej drużyny w ubiegłym roku. To jest taka skala.

Widać w lataniu tę różnicę?

Oczywiście, jak ktoś przejeżdża przed sezonem slalom 2000 razy, a my mamy możliwość przejechania go 50 razy no to widać i to są zdolni lotnicy, którzy cały czas trenują, cały czas latają. Jak się dowiedziałem, że jesteśmy w finale, to czułem, że wygrałem ten Dubaj. Rosjanie są inną kategorią dla mnie. W Dubaju naprawdę czułem się zwycięzcą, jakbym wracał ze złotem, nie ze srebrem.

Tym bardziej, że Wy jako kadra lataliście dopiero trzy lata wtedy.

Początek kadry to wiosna 2012 roku, a z bratem zacząłem latać wiosną 2015 roku, czyli już w roku Dubaju. Ale my mamy taki przelot jak byśmy byli bliźniakami, zawsze tak mieliśmy.

Jesteście z bratem takim dream teamem?

Absolutnie tak! Brat jest strasznie silny, co jest bardzo ważne i dużo w tym sporcie ułatwia, dłużej możemy trenować, ma większą wytrzymałość itd. Technika jego pracy oczywiście jest ważna, ale najważniejsza jest nasza współpraca. Już wcześniej uczestniczyliśmy jako drużyna w wielu zawodach spadochronowych, obaj mamy tę samą żyłkę do rywalizacji. Lubimy rywalizować, obaj jesteśmy strategami, chociaż brat większym ode mnie i nie ma czegoś takiego jak konflikt, pretensje. Co najwyżej płaczemy ze śmiechu w czasie treningu, jak coś się wydarza. Muszę przyznać, że strasznie lubię ten sport, ale nie traktuję tego jakoś śmiertelnie poważnie. Oprócz tego, że jest to zabawa, to ten sport jest kapitalnym patentem na rozwijanie umiejętności pilotażowych, bo wszystko opiera się o precyzję latania, np. walczymy o to, żeby następnym razem być 10 cm w lewo lub w prawo. Do tego dochodzi podróżowanie i poznawanie niesamowitych ludzi. Na zawodach jest fantastyczna atmosfera, wszyscy się naprawdę lubią. Jest nas bardzo mało, to hermetyczne grono, bo w każdym kraju jest raptem kilka drużyn. W Polsce, na Mistrzostwach Świata mieliśmy 14 narodowości, było 49 drużyn. Z tego wynikają później fajne historie. W 2012 roku, na Mistrzostwach Świata w Rosji poznałem takiego Anglika, do którego jeżdżę dwa razy w roku doszkalać się. Dla mnie to mistrz, mój śmigłowcowy guru można powiedzieć, cały czas się od niego uczę. Wtedy też poznałem Maxima, z którym w kwietniu lecę dookoła świata. Poznałem też wielu innych Rosjan, do których, muszę przyznać, mam wielką słabość, wspaniale się z nimi czuję, jesteśmy bardzo zaprzyjaźnieni.

Skąd pojawił się u pana pomysł, aby tę kadrę śmigłowcową wznowić?

Ja nie miałem takiego pomysłu, ja wcale nie chciałem tego robić, ja chciałem się zajmować sportem śmigłowcowym. Tak się złożyło, że w 2011 roku kiedy pojechałem na targi lotnicze do Friedrichshafen, znalazłem takie stanowisko, oklejone jakimiś naklejkami, małe i nic tam nie stało… myślę: co oni w ogóle robią, czym się zajmują, co to za koło gospodyń domowych wystawia się w hali śmigłowcowej? A to byli Niemcy z klubu śmigłowcowego. Kiedy opowiedzieli, co robią, to wiedziałem, że tego sportu szukałem już z rok, dwa lata wcześniej. Niewiele informacji było w internecie, wiedziałem tylko, że ten sport istnieje, bo w 1981 roku pamiętałem Mistrzostwa Świata w Piotrkowie Trybunalskim. Bardzo się ucieszyłem, że sami się znaleźli i w maju polecieliśmy do nich z przyjacielem Dominikiem, zobaczyć, jak to wygląda. Tak się zaczęły moje kontakty ze sportem śmigłowcowym. Rok później, Niemcy zadzwonili z pytaniem, czy mogą dać moje namiary Rosjanom, którzy organizowali zawody. No pewnie, że dajcie – odpowiedziałem. Rosjanie się odezwali i powiedzieli, że bardzo byliby zadowoleni, gdyby Polska wróciła na arenę międzynarodową. Była motywacja. Nawet przysłali nam trenera, żeby nam wytłumaczył, o co chodzi. Kolejny krok, okazało się, że jeśli mamy lecieć na zawody to musimy mieć licencję sportową, żeby mieć licencję sportową musi powstać sekcja śmigłowcowa przy Aeroklubie Polskim, a my musimy być członkami jakiejś sekcji śmigłowcowej przy lokalnym aeroklubie. Musieliśmy więc powołać tzw. kadrę śmigłowcową, czego nie mieliśmy w planach. Ja chyba zostałem trenerem… z nas czterech, trzech było funkcyjnych, jeden był delegatem, jeden zastępcą delegata czy sekretarzem, no bo funkcje musiały być obsadzone. To wszystko było fikcyjne oczywiście, ale warunki spełniliśmy. Tak się złożyło, że te zawody to były Mistrzostwa Świata, więc pierwsze zawody, na które pojechaliśmy to były od razu Mistrzostwa Świata. Pierwszy raz w życiu leciałem na nawigacji w trakcie zawodów, nigdy jej wcześniej nie trenując. Byliśmy tylko obryci
teoretycznie, czego szukać, jak pracować ze stoperem, a to jest najbardziej złożona konkurencja.

Pan tym swoim lotniczym ADHD wypełnił niszę, która w Polsce była i czekała na wypełnienie.

Ona wypełniła się sama. Tych nisz jeszcze kilka jest i zaraz też je powypełniamy. To się dzieje przy okazji. To nie jest tak, że mówimy: O! Tu jest nisza, chodźcie ją zagospodarujemy, bo jak nie to kto inny ją zagospodaruje. My chcemy robić różne rzeczy, a żeby je robić to coś tam po drodze musi być spełnione.

To podobnie jak z Waszymi taksówkami  powietrznymi. Okazało się, że to był strzał w 10.

No tak. Taki był cel. To jest najtrudniejszy certyfikat do utrzymania. Najwięcej przy nim papierów, roboty i ludzi.

Kto dla pana pracuje w Salt Aviation, jacy to są ludzie? 

Jak parę lat temu, zimą, kiedy się nie lata i nie było nawet pieniędzy na paliwo, pomyślałem: po cholerę ja to robię, już mam tyle nalatane, że mogę pracę znaleźć wszędzie w Europie, w Polsce, mogę mieć wszystko… ale przeniosłem uwagę z siebie na ludzi, na ich zaangażowanie, ile włożyli w to życia i serca to wstyd mi się zrobiło przed samym sobą, że przychodzą mi myśli, żeby się poddać. Trzon firmy to grupa ludzi, do której mam takie zaufanie, jak do rodziny. I to jest totalna wartość tej firmy, że wszystko możemy sobie powiedzieć, wzajemnie się szanujemy i każdy ma ten sam cel – żeby ta firma lepiej funkcjonowała, żeby przynosiła jak najwięcej zysków, szukamy nowych pomysłów na wykorzystanie naszej floty i żeby wszystko odbywało się maksymalnie bezpiecznie.

Jaki macie teraz potencjał?

Mamy 5 śmigłowców, 7 samolotów, z tym że ja mam serce w śmigłowcach, więc głównie rozwijam śmigłowce.

Jak pan to robi, że jest pan właścicielem świetnie prosperującej firmy lotniczej, dyrektorem szkolenia w tej firmie, jest pan członkiem kadry śmigłowcowej, a oprócz tego jeszcze pan realizuje swoją pasję, jaką jest lotnictwo i łączy pan to wszystko.

W tym wszystkim się realizuję, tzn. ja nie czuję, że pracuję. Gdybym miał fabrykę pieniędzy, albo jakiś gigantyczny spadek, który pozwoliłby moim dzieciom i moim wnukom nie pracować do końca życia, i tak bym robił to samo.

Myśli pan o sobie, że jest pan człowiekiem sukcesu?

Absolutnie tak. Nie zarabiam pieniędzy, żebym mógł tak o sobie powiedzieć, ale w kontekście tego kim się otaczam i co robię, jak się realizuję ja i my wszyscy, to absolutnie tak.

Tekst: Agata Król.
Zdjęcia portretowe: Magda Starowieyska, zdjęcia w powietrzu: Andrzej Rutkowski.


Dodaj komentarz